A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 13 .    

    Mahoney zeskoczył z ruchomego chodnika, przesadził barierkę i wpadł w drzwi do sklepu. Zwinął się w powietrzu, wylądował na nogach i pobiegł.

    Zwalił rząd urządzeń, przeleciał przez transporter i przetoczył na pas wywożący śmieci. Wyjechał na nim ze sklepu i znalazł się parę stóp nad drugim chodnikiem, prowadzącym na południe. Przesunął się na brzeg pasa i zawisł na nim na rękach.

    Puścił i wylądował na chodniku. Odetchnął głęboko kilka razy i otrzepał ubranie. Gubienie tego ogona, pomyślał, staje się coraz trudniejsze. Thoresen i jego służba bezpieczeństwa najwyraźniej za bardzo interesowali się ruchami sierżanta Inna Mahoneya z Gwardii Imperialnej, z podsekcji Kontroli Jakości Racji Polowych.

    Jak dotąd "opieka" nad nim nie przekraczała granic normalnego dla Vulcana paranoicznego nadzoru nad każdym cudzoziemcem. Miał taką nadzieję. Ale gdyby znaleźli go teraz, to na pewno zostałby w końcu zdmuchnięty. Udało mu się co prawda "pożyczyć" kartę Miga na wystarczająco długo, aby zdążyć wyprodukować przyzwoitą fałszywkę, zwędził też komplet ubrań Miga i skierował się na południe, jednak ciągle musiał uważać.

    Znajdował się całe mile poniżej Oka. O wiele dalej, niż pozwalały przepustki Kompanii.

    Gdyby w tych rejonach został zdemaskowany przez służbę bezpieczeństwa albo strażników, Kompania prawdopodobnie uznałaby przerobienie go na nawóz dla najbliższej farmy kwiatków za prostsze od brnięcia przez wszystkie formalności deportacji. .

    Mahoney jednak postąpił tak z pełnym rozmysłem. Jakoś nie odniósł do tej pory sukcesów przy rekrutowaniu lokalnych agentów. Utknął w Oku i miał dostęp tylko do oczywistych prowokatorów i Migów tak przerażonych, że nie warto było, zawracać sobie nimi głowy. W każdym razie, osobiste przystąpienie do akcji wydawało się mniej ryzykowne niż zakończenie misji i powrót do świata Primy.

    Imperator, myślał Mahoney, nie byłby zachwycony postępami w zbieraniu danych, skoro raport mógł brzmieć co najwyżej jakoś tak:

    1. Thoresen bez wątpienia tkwi po uszy w konspiracji i nie pozwala nikomu, nawet członkom własnego zarządu, wtrącać się do swoich operacji. Wielka rzecz. To Imperator wiedział już rok temu, na Primie.

    2. Thoresen prowadzi cicho kampanię propagandową przeciwko Imperium, adresowaną szczególnie do Migów. Ale dopóki używał Doradców jako piorunochronów i postawił tyle szczebli pośrednich pomiędzy sobą a Kompanią, nie można go ruszyć. Mahoney stwierdził, że działania się toczą, ale nie mógł powiedzieć nic ponad to, że odznaczają się dużą intensywnością.

    Żachnął się sam na siebie. Każdy zwykły szeregowiec z rezerwy Sekcji Modliszki mógłby się tyle dowiedzieć albo i wracać, żeby zostać zbieraczem gówna.

    3. System bezpieczeństwa planety został wzmocniony i krążą uporczywe plotki jakoby niektóre z produktów Kompanii przerabiano na wyposażenie wojskowe. Jak dotąd, nie można tego udowodnić. I nawet gdyby Mahoney mógł dowieść prawdziwości tego twierdzenia, to Kompania zawsze była w stanie uspokajać głosząc, że planuje ekspansję w Sektorze Pionierskim.

    - Całkowite i absolutne nic, tyle mam - zamruczał Mahoney. I nagle zamarł. Daleko w przodzie, w dole chodnika zobaczył kordon strażników sprawdzających karty w przenośnym komputerze. Jego fałszywka nie była aż tak dobra. Szybko zeskoczył na najbliższym skrzyżowaniu, stanął na prostopadłym chodniku, który przesuwał się piszcząc aż do wielkiej kopuły. Tu też była blokada i sprawdzanie kart identyfikacyjnych.

    Mahoney uskoczył na bok. Spokój. Iść powoli. Oddychać powoli. Wyglądać rześko. Trochę na haju. Po prostu właśnie zszedłem ze zmiany i wracam do swojego mieszkania. Wszedł w zwężający się korytarz, potem spokojnie zboczył w kolejny.

    Obrócił się przy wejściu i wielkim skokiem ominął następny zakręt.

    Zatrzymał się. Czekał. Nasłuchiwał. No oczywiście. Kroki za nim.

    Jasne, wmanewrowano go. Ale nie miał zbyt wielu możliwości do wyboru. Poruszając się tak wolno, jak tylko potrafił, pociągnął nagonkę głębiej w opuszczone sektory Vulcana.

    Pierwszy z nich popełnił błąd usiłując zaskoczyć Mahoneya z mijanej ślepej uliczki. Pułkownik Imperium prześlizgnął się pod skórzaną pałką i uderzył łokciem w gardło zbira. Kopniakiem wytrącił broń z dłoni drugiego opryszka, złapał ją w powietrzu i nacisnął spust. Strażnik uchylił się, a wtedy Mahoney z całej siły uderzył pięścią w postawę czaszki.

    Dwóch. Odwrócił się i stwierdził, że tamci tylko blokowali przejście. Trzech następnych nadchodziło zza rogu. Jeden z nich miał broń. Wycelowaną.

    Przywiązany do pręta paralizator, ciśnięty ze znajdującego się wyżej otworu wentylacyjnego, trafił w oko uzbrojonego mężczyzny. Ten wrzasnął i runął na ziemię.

    Mahoney szedł nadal do przodu, chcąc zmniejszyć odległość między sobą a przeciwnikami, gdy z otworu kanału wentylacyjnego wyskoczył młody mężczyzna. Jego prawa ręka śmigała tam i z powrotem.

    Oficer Imperium zamrugał, gdy głowa drugiego ze strażników oddzieliła się od tułowia, opryskując wszystko fontanną krwi. Chłopak skulił się w obrocie. Podnosząc się do góry, zatoczył nożem pełne koło.

    Mahoney zauważył, że trzyma on nadgarstek swoją wolną dłonią, używając jej jako przewodnika. Wiedząc to...

    Trzeci człowiek upadł z nożem tkwiącym głęboko w piersi. Młody mężczyzna schylił się, wyciągnął nóż i wytarł go w ubranie trupa. Młody. Dobry. Odważny.

    Mahoney stał bardzo spokojnie i pozwolił chłopakowi przejść obok. Następny chłopak - nie, dziewczyna, wyskoczyła z otworu. Zabrała swoją broń.

    Około dziewiętnastki, nieduży, powiedzmy sześćdziesiąt kilogramów. Poprawka: dziewiętnaście na czterdzieści. Wyglądał jak każdy bezdomny dzieciak z parszywego świata, tyle że się nie płaszczył. Mahoney pomyślał, że pewnie zawsze nosił głowę wysoko. Buntownik. Oficer prawie się uśmiechnął.

    Sten popatrzył na niego, a potem na leżące obok dwa ciała. Całkiem dobrze, jak na starego człowieka. Wyglądał tak gdzieś na czterdziestkę, duży. Sten nie potrafił określić go precyzyjnie z powodu kombinezonu Miga. Nic dziwnego, przecież znał tylko trzy kasty, a spotkał się twarzą w twarz tylko z dwiema.

    - Pewnie wkrótce będzie ich więcej, przyjacielu - powiedział Mahoney. - Lepiej skróćmy wstępne formalności.

    - Nie ma pośpiechu. Nigdy nie widziałem pięciu strażników wysłanych za jednym człowiekiem. Co takiego zrobiłeś?

    - To trochę skomplikowane...

    - Sten. Patrz.

    Sten nie zdjął wzroku z Mahoneya. Bet wstała znad ciał i trzymając trzy karty podeszła do nich.

    - To nie byli strażnicy. Mają karty Execów!

    - To służba bezpieczeństwa Thoresena - stwierdził Mahoney. - Musieli iść za mną od Oka.

    - Ty nie jesteś... jesteś cudzoziemcem.

    - Tak.

    Sten podjął decyzję.

    - Rozbieraj się.

    Mahoney najeżył się, potem załapał i zaklął. Dzieciak miał rację. Zdjął kombinezon, potem ściągnął buty. Swoje własne buty z Primy. Zważył jeden na próbę w dłoni, potem trzasnął nim o ścianę. Obcas pękł i szczątki małego przekaźnika posypały się na podłogę.

    Sten kiwnął głową.

    - Dzięki temu mogli iść za tobą. Nałóż teraz ubranie z powrotem.

    Złączył dłonie i podsadził Bet do otworu. Wyciągnęła rękę i pomogła mu wejść.

    Wewnątrz kanału obrócił się, podczas gdy Mahoney podskoczył, złapał za krawędzie obiema rękami i podciągnął się do środka.

    - Trochę trudne dla kogoś w moim wieku.

    - To nie kwestia wieku - powiedziała Bet.

    - Idź za nami - stwierdził krótko Sten. - I nie gadaj.

    Mahoney zamrugał znowu, gdy Sten schował swój nóż... najwyraźniej do ramienia. Potem pobiegł za nimi w dół krętego przewodu.

następny